Ostatnio jedziemy z O. do domu. Na światłach zatrzymaliśmy się obok samochodu, w którym siedziała ekipa studenciaków, będących wyraźnie w idealnych humorach. Zerkali na nas i ciągle się śmiali. Pierwsza myśl. Podpuszczają nas! Chcą się z nami ścigać.
– O. jak tylko będzie zielone, to ruszamy szybko! 😀
– ehh… M. oni mają polo. Pamiętasz stare czasy? (mieliśmy kiedyś polo :D). Ten samochód to szatan. Nie ma sobie równych. Puśćmy ich przodem.

Przekonał mnie.
Ekipa w samochodzie pognała jak szalona.
Widzimy jak wyprzedzają, jakieś inne auto. Otworzyli okna i udawali, że strzelają z broni do kierowcy innego pojazdu (oczywiście robili to rękami).
Tego było za wiele.
Hołota.
Wyprzedziliśmy ich. Cała w nerwach, w stresie, z prawie, że czerwoną buzią, zaczęłam udawać, że strzelam do nich z broni (oczywiście używałam do tego moich rąk!). Miałam taki stres, jak w podstawówce gdy trzeba, było powiedzieć jakiś wierszyk na środku auli. Robiąc to, byłam cała dumna z siebie.

Ekipa z drugiego samochodu, nawet na nas nie spojrzała. Byli za bardzo zajęci.
Śmiechom nie było końca.

 

Ostatnio byłam przez tydzień u dziadka.

Olek został w domu razem z naszym kotem.

Przytyłam 2 kg.

Kot przytył 1 kg.

Olek schudł 1 kg.

Chciałabym napisać, że w bilansie wychodzimy na zero.